. . . wróć

Artykuł o ekologii

Kiedyś były raki, minogi rzeczne, strzeble (olszówki), kumaki górskie, była mnogość pstrągów czy piżmaków. Wróciła wydra i bobry, ale to trochę inna sprawa ze względu na ich wielkość, udaną introdukcję, ochronę prawną, a szczególnie spadek wartości ich skór i tusz. Obecnie jak mi mówiła sąsiadka, krowy nie chcą pić wody z Olszynki. Raki, minogi rzeczne, olszówki prawie doszczętnie wyginęły bo nie lubią brudu i zaczęły chorować. Pstrągów ubyło bośmy na nie kłusowali na tarliskach i w brudzie też nie gustują. Piżmaka ponoć zjadła norka amerykańska, albo też zaczął chorować. Coś tam tych ryb jeszcze zostało, skoro wydry jakoś żyją, chyba że korzystają z licznie powstających stawów. Bóbr się przyzwyczaił, ale czy wytrzyma krowa?!

Wszystkiemu winna jest siła grawitacji powodująca, że woda zawsze 
w dół płynie. Ową grawitację uruchamiamy naciskając spłuczkę od klozetu.

Jeden ruch i „problem” popłynął poza naszą działkę. Drugi raz grawitacja daje 
o sobie znać na dzikim wysypisku śmieci. Jedna ulewa i co lżejszy „problem” też popłynął, a co najgorsze zabrał ze sobą najbardziej szkodliwe rozpuszczalne w wodzie substancje. Teraz „problem” płynie czyniąc swoje, i dobrze że na końcu gminy nie mamy morza, bo by u nas został, a tak to udaje się go jeszcze eksportować. Po drodze szczególnie w słoneczny piękny dzień „problem” pozostawia niezapomniane walory estetyczne i zapachowe.

Dopóki studnie zlokalizowane mamy powyżej „problemu”, możemy zakładać, że wodę pitną mamy raczej czystą. Zanieczyszczenia mogą pochodzić od zastosowanych środków chemicznych, być wiązane z atmosfery poprzez opady, lub nawet z odcieku z obornika. Niestety w roku ekstremalnej suszy zaczynamy sięgać po wodę coraz niżej i to nie tylko do rzek, ale także do wód głębinowych. Studnia głębinowa gwarantuje czystość i dużą wydajność wody, ale też, ze względu na specyficzną budowę geologiczną fliszu karpackiego (naprzemianległe warstwy łupków i piaskowców o różnej miąższości
i przepuszczalności ) stwarza nowe zagrożenia. Gdy zaczniemy masowo budować studnie głębinowe możemy doprowadzić poprzez przebijanie warstw wodonośnych do dalszego obniżania poziomu wód gruntowych. Słowem 
w przyrodę ingerujemy i ingerować musimy, ale musimy się też liczyć 
ze skutkami. Szczególnie z tymi trudnymi do przewidzenia dającymi o sobie znać dopiero po latach. Warto, aby przyszłe pokolenie na równi cieszyło się odziedziczonym po rodzicach majątkiem (w formie auta czy domu) jak 
i pozostawionym przez nich dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym. To co pozornie teraz zaoszczędzimy, zapłacimy za jakiś czas za leki, badanie 
i uzdatnianie wód itp.

Sytuacja dzisiejsza wygląda źle, ale jeszcze daleko do tragizowania. Sprzymierzeńca mamy w występujących u nas glebach (ciężkie próchniczne gleby o dużym kompleksie sorpcyjnym). Zanieczyszczenia biologiczne sączące się gdzieś przez trawy i szuwary mają utrudnione wsiąkanie w głąb, a jeżeli już wsiąkają to powoli i w dużej mierze wiązane są przez ilaste pakiety kompleksu sorpcyjnego. Intensywnie rozwijająca się wokół nich nitrofilna roślinność działa jak swoista biologiczna oczyszczalnia ścieków. Najgorzej gdy ścieki, z gęsto zabudowanych miejsc, trafiają bezpośrednio (lub za pośrednictwem szamba) 
do przydrożnego rowu. Mniej więcej dziesięć lat temu nie wytrzymały tego kumaki górskie (takie małe żabki z czarno-żółtym podbrzuszem). Niestety 
przy nadmiernej koncentracji przyroda sobie sama nie poradzi, będziemy jej musieć pomagać, budując z biegiem czasu kanalizacje i oczyszczalnie ścieków.

Mamy też znaczne sukcesy jak np. w dziedzinie spalin samochodowych czy ogrzewania domów, ale to raczej zasługa ekonomii niż celowe działanie.

Coraz bardziej nowoczesne samochody z katalizatorami (nawet mnie udało się przejść z dwusuwowego Wartburga na starego, ale zawsze to diesla), szerokie zastosowanie gazu czy benzyny bezołowiowej. W gestii nauczycieli chemii 
w naszych szkołach pozostawiam przedstawianie dzieciom reakcji i produktów powstających ze spalania gazu. Może z czasem wypasanie krów przy drogach niczym grozić nie będzie. Inna sprawa, że przy takim spadku pogłowia bydła niedługo trawa na IIIa klasie roli nie będzie nam potrzebna, a co dopiero ta koło asfaltu. Kolejny sukces to coraz większa grupa mieszkańców rozumiejących problem i nie szczędzących własnych wysiłków w tej dziedzinie. Są osoby, które twierdzą, że w ich gospodarstwach nie tworzy się śmieci, a te które się tworzy sami zagospodarowują. Po pierwsze gratuluję im gospodarności 
i uważam ich za pionierów w dziedzinie segregacji. Papier i drewno spalają, oskrobiny i obierki z warzyw spasają lub kompostują, żelazo sprzedają na złom, puszki aluminiowe do skupów, szkło mieszają np. z betonem itd. Oby tylko nie przesadzali z tym paleniem. Niestety oprócz grawitacji występuje w przyrodzie konwekcja, a w każdym domu znajdzie się produkt, którego nie należałoby palić. Ot choćby nylonowa reklamówka, guma, butelka PET, opakowania po lekach, zaschnięte farby. Jeżeli ten „problem” wyślemy w atmosferę też do nas 
z deszczem wróci, wsiąknie w glebę, a potem wypijemy go z wodą. Zaszkodzi też atmosferze niszcząc warstwę ozonową, lub spotęguje efekt cieplarniany.

Tak się składa, że przy słabej edukacji ekologicznej i znacznemu oporowi materii, nie ma co liczyć na samoczynną poprawę sytuacji. Koniecznością staje się wypracowanie takich mechanizmów ekonomicznych, które w pożądanym kierunku kształtowałyby zmiany w tej i innych dziedzinach. Napędzane gazem auta, czy domy opalane trocinami to nie nagły przypływ uczuć ekologicznych, lecz czysta ekonomia. Przecież w niedalekiej przeszłości trociny były przez nikogo niechcianym odpadem i najczęściej lądowały w najbliższej „paryji”. 
Za świnię dawali 3 metry węgla, z Glinika były górnicze asygnaty na 6 ton, czasami był tylko problem z ich realizacją. Dla humoru łapiąc kota za ogon, można się było dowiedzieć jaki jest węgiel w Szerzyznach „
miał, miał!

Tak samo można by pozbyć się opakowań plastikowych na korzyść szkła 
i papieru, wystarczyłoby np. popierać lub w ogóle umożliwić ich opłacalny skup a nieco obciążyć produkcję tych pierwszych..

Na koniec wrócę do tej naszej krowy (niestety tak trochę bezosobowo gdyż już dawno nie nadajemy im imion: Maliny, Kaliny, Krase odchodzą w niepamięć, a sentyment zastępuje numer z unijnego kolczyka.

Otóż krowie nie przypisuje się wśród zwierząt zbytniej inteligencji, ale pomimo to sama kierując się węchem i instynktem nie chce żreć trawy wokół swojego „placka”. Chociaż trawa rośnie tam większa i taka intensywnie zielona.
W przypadku wody z rzeki myśli pewnie podobnie, z tą tylko różnicą, że „placek” już nie jej, ale podrzucony.

 

Mieczysław Solarz 
Ołpiny, 2004.01.02 


. . . wróć