. . . wróć

Pamięci Adama Pyzika

Zmarł Adam Pyzik z Pustek „Ambasador Ołpin”. Z Jego odejściem odchodzi epoka.

Trochę artysta, trochę filozof, trochę prosty człowiek, Wajdelota … . Niósł ludziom wodę. Szukał źródeł, kopał studnie, wysadzał siwy kamień. Niby proza ciężkiej pracy. Ale! Nie pracował na czas, nie koniecznie na zarobek. Inaczej. Bez rozmowy o sprawach „Wielkiego Świata” robota nie mogła się obejść.

Od młodości „chorowity” nie założył rodziny, nie dorobił się własnego domu. Miał rower, na którym woził konieczne narzędzia. Zgarbiony, co ranek podążał do kolejnej studni lub domu. Często podjeżdżała po Niego limuzyna i zabierała Go gdzieś daleko poza rodzinne Pustki. Otwarte drzwi czekały na Niego w bardzo wielu domach i to daleko poza Ołpinami, i nie koniecznie ze względów zawodowych. Po prostu wnosił w dom tchnienie wędrowca przynoszącego szczęście lub chociaż jego namiastkę. Bywał wśród różnych: doktorów, księży, nauczycieli, nie miał sztucznych kompleksów, bez kołtuństwa mówił o sprawach trudnych, przedstawiał swój punkt widzenia. Odwaga i otwartość osądów zjednywała rozmówców, rozwiązywała języki. Brał udział w wielu przedstawieniach teatralnych, śpiewał w chórze kościelnym, wykonywał dekoracje i ozdoby. Sztukę czół sam od siebie. W wielu domach przyjmowany był jak „Swój”. Ogrom własnych przemyśleń w pewnym momencie przygniótł i Jego, trochę się odizolował, na szczęście przejściowo.

Dlaczego epoka? Po „Kanceliście” i Orlofie, On dzierżył studniarskie rzemiosło nierozłącznie związane z wędrówką od domu do domu. Swoją osobą zakłócał pozorny spokój „społeczeństwa telewizyjnego” żyjącego życiem rzeczywistości telenowelowej i pogonią za standardem konsumpcjonizmu. Sąsiedzkie spotkania i długie wieczorne gawędzenie nawet przy okazji różnych prac wyszło z mody. Wszechobecny brak czasu, dywan i pantofle przy progu ustawiają przybysza w roli intruza, od właściciela znowuż wymagają oderwania od absorbujących zajęć. Doszło do tego, że „Unia” wykłada pieniądze na tzw. integrację społeczną i utrzymanie odrębności regionalnej. Bo poszczególne społeczności pod wpływem kultury (chałtury) masowej wstydzą się swojej tradycji i ludowości, a tandetę i blichtr adoptują bezmyślnie.

Rodzinna wieś i wielu przyjaciół z odległych miejsc przybyło tłumnie na Jego ostatnią ziemską drogę. Nie jako przykładny ojciec, nie jako mąż, nie za urzędy, ale jedynie jako, lub aż jako człowiek, zyskał powszechny szacunek. Ten odruch społeczności to duże świadectwo uznania zasadności Jego ziemskiego posłannictwa i jednak pokaźny przejaw tkwiących w ludziach, a jedynie mocno zagłuszanych, pokładach wspólnotowości.

 

 

 

Z szacunkiem dla Zmarłego

I wyrazami współczucia dla Rodziny

 

W imieniu Związku Ołpinian w Ołpinach

Mieczysław Solarz

Ołpiny, 2009.09.25 


. . . wróć