. . . wróć

„Świńska Sprawa” - felieton

Zły Irlandczyk, skądinąd żywiciel wielu naszych rodaków emigrantów, chciał nam na święta podrzucić zatrutego dioksynami wieprzka. Unijne systemy go złapały i afera poszła w eter. Przez kilka dni serwisy grzmiały. „Miastowe” patrzyły nieufnie na każde mięsiwo dopytując się o pochodzenie i chwaląc naszą rodzimą zdrową i szlachetną produkcję na parowanych ziemniakach. Chłopy przed kościołem też temat podłapali złorzecząc na system, który chłopu grosze za porządną, zdrową świnię płaci, a takie dziadostwo z zagranicy zwłóczy.

tl_files/Artykuly/swinska_sprawa/dioksyna.jpg

Toksyczny związek organiczny tzw. "Dioksyna" - model 3D


I tu koniec, bo niewiele tego do nas przybyło a eksperci rożnej maści uspakajają , że aby się zatruć trzeba by zjeść bardzo dużą ilość i przez długi czas. Tak więc „irlandzkie dioksyny” tylko trochę nas „podnarowią” a swoimi się doprawimy. Tak swoimi! Święta kojarzone u nas coraz bardziej z konsumpcjonizmem i kolorowymi zakupami w marketach niż domowym świniobiciem, bo komu by się chciało świnię, która śmierdzi i w wakacjach przeszkadza, uchować. Samo zabijanie też coraz bardziej wśród naszych mieszkańców za objaw dzikości i okrutności uchodzi. Stosy kolorowych opakowań, folie a szczególnie plastikowe butelki po wodach i coca-colach wylądują w dużej mierze w piecach do centralnego. Buchnie dym w atmosferę, a potem z deszczem i jabłkami na własne dzieci spadną już nasze, a nie irlandzkie dioksyny.

Winny, kto winny? Najlepiej będzie zrzucić znów winę na system, który takie opakowania produkuje zamiast szklanych jakie za „komuny” były. Te szklane lub aluminiowe też częściowo w lesie lub rowie lądują bo się dla dziesięciu groszy nieść po wypiciu nie opłaca. Dobrobyt zagościł do tego stopnia, że do zakładu komunalnego trafiają całe łóżka bo rozebrać na drewno, metal i właściwy śmieć też się na wsi nie opłaca. Już przewiduję jaki będzie lament społeczny gdy nadejdzie czas podłączeń do systemu kanalizacji. Piękny kontrast się wyłania: strzyżony, śliczniutki trawniczek z krasnoludkiem i rura ze ściekami do rzeki, najlepiej jeszcze daleko od domu – na sąsiadowym.

Widziałem w Nowej Hucie ciekawy happening. Ekolodzy (ci pragmatyczni a nie ci od siedzenia na drzewach) rozsypali w nocy na placu centralnym wielką kupę śmieci, głównie butelek i puszek w wersji zgniecionej i taką samą ilość w wersji nie zgniecionej. Następnie zapakowali zgniecioną kupę na ciężarówkę i odjechali. Po nie zgniecione śmieci musiało przyjechać kilka samochodów - spaliły wielokrotną ilość paliwa, zwielokrotniły hałas i zwiększyły korki uliczne. Cel akcji był jasny: pokazać konieczność myślenia szerszą kategorią niż własne wygodnictwo, bo w wielu sytuacjach obraca się to przeciwko nam.

Mamy rok Herberta, który za Piłsudskim nakazywał myśleć własnym mózgiem i patrzeć własnymi oczyma obiektywnie i szeroko. Myślenie obywatelskie Proszę Państwa! Myślenie obywatelskie Proszę Państwa!


Wesołych Świąt!
Mięsa bez dioksyn!
Zgniatanych butelek!
Olśnienia mózgu!

Życzy Mieczysław Solarz

. . . wróć